Przydrożne przyjemności

Kto by przypuszczał, że obok nas dzieją się rzeczy, przy których się chowają nawet te z "Rozmów w toku", a życie pisze scenariusze, w których zwykli ludzie odgrywają role godne Oscarów...

Rzecz się działa jakiś czas temu. Jeden z nyskich szachistów, nazwijmy go Zygmunt (wszelkie podobieństwo przypadkowe) wracał był do domu z zawodów w Opolu. Ponieważ daleka droga bardzo go strudziła, zatrzymał się w przydrożnej gospodzie. Zamówiwszy napój zajął się podziwianiem niewątpliwie wielkiej wartości naściennych dzieł tamtejszych malarzy. Wtem jego uwagę przykuł tłumek w rogu sali. Porzucił kontemplację sztuki i podszedł wiedziony ciekawością i okrzykami. Tam właśnie odbywał się szachowy meczyk. Wioskowy mistrz rozgrywał partyjkę z koleżką, znęcając się nad nim okrutnie śpiewaniem. Czy to braki w wyszkoleniu, czy też owe śpiewy powodowały, że jego sparingpartner przegrywał raz za razem.

Zygmuntowi żal się zrobiło biedaka i postanowił mu pomóc. Podpowiedział więc kilka ruchów, po których nieszczęśnik wygrał pierwszą partię od niepamiętnych czasów. Nie trzeba być wybitnym socjologiem, by przewidzieć, jak się sytuacja rozwinęła.

- Co, takiś mądry, cwaniaczku? – zagaił wioskowy mistrz – to siadaj, zaraz cię przetresuję. Nysanin nie omieszkał spełnić prośby i stanął (usiadł) do walki.

Pierwsza partia zakończyła się bezapelacyjną przegraną wioskowego maestro, ale jak sam powiedział – tylko przez złe oświetlenie. Następna – już po przeniesieniu – takimż samym wynikiem, ale podobno przez podpowiadających kibiców. Trzecią natomiast… również przegrał (tylko dlatego, że się pośpieszył).

Tamtejszy maestro w starciu z Zygmuntem – jak by nie było zawodowcem – miał szanse równe zero, ale nie mógł tego zrozumieć. Również jego fani, dla których był bożyszczem, tylko kręcili z niedowierzaniem głowami i stękali po kolejnych matach.
Natomiast Zygmunt, jak to Zygmunt, nic sobie z tego nie robił i okraszał kolejne zwycięstwa deklamując wiersze własnej produkcji, które stawiały przeciwnika w negatywnym świetle, oraz śpiewał "Dzień zwycięstwa" i "Tryumfy Króla Niebieskiego". Wreszcie urażona duma tubylca nie wytrzymała i postanowił się zemścić w jedyny znany mu sposób, to znaczy za pomocą kłonicy. Ponieważ jednak tego wielce przydatnego sprzętu akurat nie miał pod ręką, wstał by wymierzyć sprawiedliwość czymkolwiek. Zygmunt i z tego pojedynku wyszedł zwycięsko, tzn. udało mu się uciec. Nie żeby był taki szybki, ale w ucieczce pomógł mu jakiś bywalec gospody, własnym ciałem zagradzając napastnikowi przejście. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – to nie był żaden Rejtan, tylko przedawkował po wypłacie i leżał jak kłoda na ziemi od paru (nikt nie wie ilu) godzin.

Minęło parę tygodni i znów droga z turnieju w Opolu wiodła przez tę feralną wieś. Zygmunt, widząc szyld wabiący, zapomniał o bożym świecie i wstąpił był ponownie ugasić pragnienie. Wkroczył uradowany pomimo błagalnych spojrzeń gospodarza obiektu. Nie zdążył nawet zamówić, gdy natknął się na swego niedoszłego oprawcę. Ten oczywiście go rozpoznał i zaprosił do gry, dając jednocześnie do zrozumienia, że odmowa będzie niemile widziana. Dopiero wtedy Zygmunt docenił powagę sytuacji.

Nad szachownicą zgromadzili się gapie, a tytani szachów rozpoczęli zmagania. I tu zapewne, miły Czytelniku, spodziewasz się że nasz bohater sprytnie acz celowo przegrał. Otóż nic z tego. Zygmunt jeszcze raz zlał wioskowego tytana, czym wydał na siebie wyrok. Tuż przed matem tubylec walnął pięścią w szachownicę, rozrzucił bierki i podążył zmazać hańbę. I byłby dopadł biednego Zygmunta, bo charcząca zawalidroga akurat się odczołgała po duże bez soku, lecz w tym momencie gracz, któremu nysanin ongiś pomógł wygrać, podłożył wioskowemu maestro nogę, przez co ten wywalił się jak długi. Leżącemu zaaplikował jeszcze parę kopniaków w brzuch, dzięki czemu Zygmunt znów zdążył uciec.

Tak oto bohaterstwo, szlachetność i przyjaźń zatryumfowały nad siłą i zawziętością.

Konrad Szcześniak