Starcie tytanów

Gospodarz lokalu wiedział, że musi zapowiedzieć zamykanie minimum 6 kolejek wcześniej, inaczej żadna siła Kazimierza i Herberta, choć to noc, z baru nie ruszy. Że co, że pora iść? Phi! Ta dwójka potrafiła grać na przyblokowym parkingu cały dzień bez przerwy. Gdy się ściemniło, przeniosła się pod lampę. Gdy zaczęło kropić, nawet nie zareagowała. Głucha noc, centrum nyskiego blokowiska, żółtawy półmrok ulicznej lampy i szum kropel deszczu rozpryskujących się na szachownicy, a ci grają. Miłośnicy sportu. I tylko co jakiś czas słychać "kontra!", "re!", "tu stało!", "tu nie stało!", "jak mnie będziesz oszukiwał, to pójdę sobie do domu... po latarkę!".

Kiedyś jeszcze cichcem podjeżdżał patrol. Policjanci stawali obok, drapali się po głowach, szukając pretekstu do interwencji, potem patrzyli na szachownicę, drapali się jeszcze bardziej, w końcu dochodzili do wniosku, że to nie ta służba powinna tu interweniować, i odjeżdżali. Dla nich ta dwójka to było istne kuriozum. Taki światowy dziw natury, jak posągi Wyspy Wielkanocnej albo baba z brodą. Potem już nawet nie podjeżdżali.

Szachy wyzwalały w obu graczach nieokiełznane emocje. Jak obliczyli statystycy sportowi, raz na 3 i pół partii wybuchał spór na noże, ale po krótkiej, tzw. technicznej przerwie wszystko wracało do normy, że tak powiem.

Gdy nie padało albo gdy akurat przed większym deszczem przenieśli się do gazownika na klatce, kibicował im tłumek gapiów. Kibiców częstokroć niemających pojęcia o szachach, ale dowiadujących się z komentarzy na bieżąco, jacy to wielcy mistrzowie grają. Co jeden ruch to lepszy. Same arcymistrzowskie w najgorszym przypadku.

Kompletny laik wszystkiego o sytuacji na szachownicy dowiadywał się z twarzy Herberta. Gracz ów, gdy czuł wygraną – żartował lub śpiewał pieśni gnębiące. Jeśli pozycja była zła – zapadał w letarg z ręką zastygłą nad którąś z figur. Jeśli zaś zbliżała się końcówka, czyli na zegarze zostały ledwie sekundy, napadał go zew bitewny, czyli wstawały duchy przodków gdzieś spod Grunwaldu. Wtedy to jedną ręką wykonywał ruchy (rzadko zgodne z przepisami), drugą przełączał zegar (obojętne, czy zrobił ruch, czy nie), trzecią wykonywał jakieś dziwaczne kabalistyczne znaki nad szachownicą, a w czwartej magazynował wszystkie zabite figury, jakby nie mógł ich postawić na stole. Gdy Kazimierz dorabiał hetmana, musiał go najpierw wyrwać z zaciśniętej Herbertowej pięści. Taki urok tego sportu. Nierzadko końcówka wyzwalała w Herbercie niemożliwy do podrobienia przeciągły odgłos przypominający sapanie przeplatane pieśnią godową głuszca, a jego wielkie jak bochny dłonie, zagarniając coś, czym akurat chciał ruszyć, przewracały na ziemię wszystko inne. Dla takich chwil warto było nie pójść do pracy.

Do pokazowych punktów występu tego zawodnika należał numer z zegarem. W decydujących chwilach (na swoim posunięciu – to wolno) brał on zegar do ręki, przez dłuższy czas w skupieniu przypatrywał się pędzącej wskazówce, a następnie stawiał go z powrotem... ale po przeciwnej stronie szachownicy! W ten sposób okazywało się, że czas biegł nie jemu a przeciwnikowi, który po paru posunięciach stwierdzał, że dziwnym trafem nie ma już czasu. Po tak wygranej partii, inkasując wygraną, Herbert nie omieszkał przypomnieć, że wygrywa, gdyż jest niedościgłym mistrzem końcóweczek...

Konrad Szcześniak