Młodzieżowe mistrzostwa Polski w szachach

168 osób i każda tak samo łapczywa. Każda chciałaby medalu i pucharu. Albo awansu do mistrzostw świata lub Europy. Albo przynajmniej hulajnogi, namiotu, deskorolki lub innej ze smakowitych nagród. Bo to mistrzostwa Polski - najważniejsza impreza roku dla dzieci do lat 8.

Jedziemy do Szczyrku z Mateuszem Rząsą i Martą Opałką - naszymi reprezentantami na mistrzostwa Polski do lat 8. Orle Gniazdo - potężny hotel na szczycie góry - opanowuje na 4 majowe dni rzesza specjalistów od matowania.

120 graczy w grupie chłopców i 48 dziewcząt. Plus rodzice, opiekunowie, trenerzy, analitycy… całe sztaby pracujące na to, by ich podopieczny wycisnął z głowy maksimum właśnie teraz. 9 morderczych rund to dystans, który wytrzymują tylko dzieci wytrenowane. Dlatego zanim pojadą na mistrzostwa, muszą wiele godzin spędzić na treningach i przejść przez sito eliminacji. Oczywiście wszystko kosztem zabaw z rówieśnikami (ups, znaczy niekończącego się dręczenia telefonów komórkowych).

Na sali gry dzieci zdane są wyłącznie na siebie. Przez pierwsze 10 minut mogą tam przebywać trenerzy, potem są wypraszani. Oglądają partie w innych salach, korzystając z transmisji internetowych. Zaciskają kciuki lub machają z dezaprobatą ręką. Robią dobrą minę przed rodzicami, którzy bez przerwy pytają o sytuację. Ci zaś tłoczą się tuż pod salą, denerwują, na szachach nie rozumieją ni w ząb, ale bardzo chcą coś zrobić, cokolwiek, by nie siedzieć bezczynnie w pokoju, bo to nie do wytrzymania. Taka ludzka mieszanina wybuchowa, przez którą co jakiś czas przebiega rozgoryczone lub szczęśliwe dziecko.

Mateusz wygrywa 4 partie z rzędu. Doskonały start. Jest na czele, okupuje najwyższe stoliki. On, zawodnik z IV kategorią, bije mocarzy z dwójkami. Miód na serce trenera. W piątej rundzie się potyka na niedokładnie rozegranym wariancie partii hiszpańskiej. Chce ulepszyć teorię, ale nie wychodzi. W szóstej rundzie piękne zwycięstwo ponownie wynosi go na najwyższe szachownice. Zostają do rozegrania 3 ostatnie rundy, a on w trójce najlepszych...

Oto jak wygląda walka od strony technicznej: dzień wcześniej dostajemy na komórkę wiadomość o kojarzeniu kolejnej rundy. W dzisiejszych bazach danych jest wszystko, partie każdego z graczy mistrzostw, więc i materiał do przemyśleń bogaty. Mateusz trafia na chłopca grającego obronę Caro-Kann. Przeglądam partie przeciwnika, analizuję jego silne i słabe punkty, szukam błędów w ustawieniach, dumam nad wyborem wariantu. To parę godzin pracy trenera i… czas wolny podopiecznego, żniwa sprzedawców pamiątek. A potem korytarze cichną. Watahy szalejącej tłuszczy przenoszą się do pokojów i zamieniają w sumiennych pożeraczy papki szachowej, przygotowanej przez trenera. W każdym pokoju tak samo. Pokazywanie wariantów, sondowanie, ile podopieczny jest w stanie zapamiętać, czy czuje pozycję, czy będzie potrafił ją wygrać.

Marta przy grze wygląda jak surowa pani profesor, ale to tylko taka maska...

Nie ukrywam, iż mam to szczęście, że Mateusz i Marta to pilni słuchacze. I dociekliwcy. Rozgrywamy warianty na różne sposoby, ciesząc się z udanych zagrań. Praca z takimi dziećmi to przyjemność. A potem jeszcze większa, gdy patrzę w internet, choć ledwie kilka kroków od sali gry, i widzę jak obydwoje prowadzą swoich przeciwników krok za krokiem, ruch za ruchem wprost do pozycji, jaką wspólnie przygotowywaliśmy, jaka jeszcze przed chwilą stała w pokoju podczas treningu. Wiem, że w duchu się cieszą, wykonując bez wysiłku najsilniejsze ruchy, wiedząc, co się za chwilę wydarzy i patrząc, jak przeciwnik coraz mocniej pogrąża się w bezdennej rozpaczy. Obydwoje wygrywają swoje partie i już po chwili toną w objęciach dumnych rodziców.

Mateusz w ostatniej rundzie grał na 1. szachownicy

Ostatni dzień turnieju to olbrzymia presja. Szczególnie dla Matiego, który wciąż jest na medalowym miejscu. Przedostatnią rundę remisuje, ostatnia jest zaraz po niej, nie ma możliwości przygotowania, odsapnięcia. Wystarczy remisik, ale stres taki, że aż się ręce telepią… Niestety nie daje rady. Po pięknym turnieju i wspaniałych partiach akurat teraz przychodzi słabszy moment i porażka, która spycha go na 8. miejsce. To i tak świetna sprawa - pierwsza dziesiątka w Polsce, choć gdy spojrzeć, że medal był tak blisko…

Mistrzem Polski został Bartosz Bartodziej z Polonii Warszawa, mistrzynią Wiktoria Śmietańska z Polonii Wrocław. Mateuszowi pozostaje zdobyta druga kategoria i prawo wyjazdu na tegoroczne mistrzostwa Europy, rozgrywane w Rumunii (pierwsza piątka jedzie na mistrzostwa świata do Brazylii, druga na ME), niestety już wiadomo, że z przyczyn finansowych tam nie pojedzie (brak sponsora). Cóż, sport na najwyższym poziomie pożera potężne środki - nawet w takiej dyscyplinie jak szachy.

Mateusz wybrał namiot. Nie ukrywam - przy gwałtownej interwencji mamy, gdyż istniało realne zagrożenie, że wybierze kolorowy paciorek, drucik na patyku lub coś równie bezcennego.


Konrad Szcześniak