Polarnicy

Obaj byli przygotowani na nadejście zimy, bo grali okutani w ciepłe rękawice i walonki. Partia ich tak wciągnęła, że nawet mnie nie zauważyli. Po niewybrednych tekstach typu "Za twoje pieniądze pojadę sobie na wczasy" domyśliłem się, że grają o stawkę. Atmosfera stawała się napięta i mroźna. Na oszronionej szachownicy figury ustawiły się w taki oto sposób:

Grający białymi po krótkim dumaniu wymyślił, że dobrze byłoby ruszyć "damką". Jednak jego ręka, ubrana w jednopalczastą rękawicę, poszturchnęła pionka f5. Nieśmiała nadzieja, że przeciwnik tego nie zauważył, błyskawicznie zgasła mu w oczach, gdy tylko powietrze rozdarł wrzask "Dotknięta!", "Dotknięta!". Zły na siebie nieuważny szachista burknął coś o sportowej rywalizacji i stroju bez homologacji, ciepnął rękawicą o glebę i z rezygnacją popchnął pionka do przodu (1. f6). "Czarny" ze smakiem go spożył (1...G:f6). "Białemu" nie pozostało już nic innego, jak rzucić się do heroicznego szturmu, więc palnął wieżą gońca (2. W:f6). Po oczywistym 2...gf6 skostniała ręka przestawiła wreszcie "damkę" na f2 (3. Hf2). Lepiej późno niż wcale. Zauważyłem, że czyniąc ten ruch, uporczywie patrzył w prawo, by przeciwnik nie zauważył, że grozi akurat zjedzenie skoczka z lewej (na b6). Niestety misterny plan spalił na panewce, gdyż nastąpiło 3...Sc4. Skoro nie udało się z lewej, to "biały" zabił pionka z prawej (4. G:h6). Jego przeciwnik uznał, że najprościej wygra, gdy wymieni hetmany (4...Hb6), ale nastąpiło 5. Sc5 Wd8 6. H:f6 z prozaiczną groźbą Hg7 mat.

Sportowcy zaczęli grać szybciej – szczególnie ten z niebieską ręką. Zimno zimnem, ale porywisty wiatr strącał figury. Skończyło się ryzykowanie zdrowiem, zaczęło życiem. Drepcząc w miejscu, postanowiłem wytrzymać do końca (partii, nie mojego). 6...H:c5+ 7. Kh1 W:d1 8. S:d1 Hf8 9. Hg5 Kh8 10. G:f8 (teraz nastąpiła przerwa, gdyż szachista nie mógł oderwać przymarzniętej do szachownicy figury) 10...W:f8 11. Ge4 f5 12. Hh6+. Grający czarnymi popatrzył w niebo, wystawił przed siebie pośliniony palec, a w końcu się poddał, czując, że już nawet względy klimatyczne go nie uratują. Niechcący kopnął leżącą na ziemi rękawicę i mamrocząc pod nosem oddalił się precz. Natomiast "biały", a raczej siny, zamiast podążyć w jego ślady... zaciągnął mnie do oglądania swej wspaniałej wiktorii. To już było ponad moje siły. Chuchając w ręce, pobiegłem do domu.

Konrad Szcześniak