Henryk Kalista (1936-2002)

Na piedestał szachistów niesamowitych „Dziadek” Kalista wskoczył z przytupem i już tam pozostał. Ilość opowiadań i historyjek o nim wystarczyłaby na opasłe tomiszcze, niestety rzadko którą można tu przytoczyć.

Nie wiadomo, czy był lepszy jako szachista, czy pokerzysta. Dostał jednak sądowy zakaz grania w tego ostatniego i musiał wybrać szachy. A w nich nie rozegrał chyba jednej partii spokojnie, bez fajerwerków czy zgodnie z zasadami. Fajerwerki? O tak - to uwielbiał. Miał styl wybitnie kombinacyjny, czyli odpowiadający swej naturze. "Dziadek" lub "Kalyta", bo tak go zwano, jak ryba w wodzie czuł się w skomplikowanych pozycjach pełnych uderzeń taktycznych. Symetryczne struktury wymagające długiego manewrowania - o nie, tego unikał jak ognia.

Pewnego razu, na jakimś turnieju błyskawicznym dostał kompletnie przegraną pozycję. Przeciwnik (czarne) miał 2 figury więcej i już zabierał się do matowania. "Dziadek" miał jeszcze tylko ostatnim skoczkiem zabić gońca, przeciwnik odbijał wieżą i można się poddać. Kalista zabił gońca, ale skoczkiem przeciwnika (czarnym)! Ten w zdumieniu i oszołomieniu odbił swego skoczka wieżą, a "Dziadek", już najzupełniej poprawnie, zabił wieżę swoim skoczkiem, po czym łatwo wygrał.

Poza szachownicą było z nim jeszcze zabawniej. Swego czasu "Dziadek" wybrał się na targ. Podszedł do przekupki i kupił jajko. Gdy je dostał, stłukł przy niej i wyciągnął banknot 50-złotowy. "Zdumiał się", poprosił o drugie i znów po rozbiciu wyciągnął zeń banknot. Przekupce twarz zszarzała, a szczęka opadła na kolana. Gdy Kalista poprosił o wszystkie jajka, wykrzyknęła "Nieeee!" i uciekła za stragany. Tam, jedno po drugim, rozbiła o ziemię wszystkie swoje jajka...



Konrad Szcześniak