Kijem? Marchewką?

Co ja bym robił jako dyrektor czy inny prezes. Siedział i podpisywał jakieś śmiertelnie ważne papiery. Nuda, panie, nuda. A na zajęciach z dziećmi ciągle coś się dzieje.

Gdy już rozdam szachy, mogę gadać, tańczyć czy latać - nic już, pochłonięci, nie widzą. Jak im ostatnio powiedziałem, że niebawem pojadą na turnieje, to się obruszyli: "Kto durnieje? My?". Zresztą niespecjalnie się przejęli. Nawet głów znad desek nie podnieśli. Nigdy nie podnoszą. Jak kończymy, nikt nie wstaje. Zabieram szachownicę, a oni idą razem z nią. Krok w krok. Przecież zanim wsypię klocki do torby, można jeszcze zrobić ze dwa ruchy.

Dopiero niedawno wyczaiłem, dlaczego początkujący, którzy jeszcze nie potrafią dać mata, tak intensywnie wpatrują się w szachownicę, gdy już po zajęciach zabieram figury. Wcale się nie ruszają, czekają w napięciu. Oni patrzą, komu pierwszemu zabiorę króla - ten, wg ich reguł, przegrał!

Gdy polecam ustawić bierki na szachownicy demonstracyjnej, jeden, szczególnie krnąbrny, ustawia czarne odwrotnie. Niesłychanie go to bawi, gdy są obrócone do góry nogami. Krzyczy przy tym i zaciesza, że to nie ma znaczenia, czy stoją tak, czy odwrotnie, przecież wszystko widać. Pół biedy dziecięcy rechot, ale mi truje, że skoro on ma magnetyczne figury zwrócone do góry, to (hipotetyczny) przeciwnik z góry musi mieć bierki skierowane na dół. I czeka, miotnąwszy tak odkrywczą myślą, na poklask i uwielbienie potomnych. Nie wdaję się z takim w dyskusję, tylko podchodzę i obracam mu krzesło do góry nogami, po czym każę siadać. - Przecież nie ma znaczenia - mówię - czy stoi tak, czy do góry nogami, prawda? Gdzieś po 5 minutach siedzenia w takiej pozycji herszt pokornieje i w otaczającej go aurze niezwykłości zaczynają się pojawiać paździerz i popelina.

Niedawno w szkole zmieniano imię patrona i nowe pozwolono wybrać dzieciom. Plebiscyt cieszył się dużą popularnością. Dość powiedzieć, że papież Jan Paweł II z kilkudziesięcioma głosami, ledwo wyprzedził... Zbigniewa Stonogę. Drugi na podium był Ferdynand Kiepski, a wygrał... Adolf Hitler.


Dzieci są różne (ale to odkrywcze!), ale zwykle wszystkie chcą czegoś od trenera nagle, w jednej chwili. Muszę natychmiast odpowiadać na kilka pytań o to, kto ma lepszą pozycję. Kiedyś podchodziłem, analizowałem, oceniałem i wydawałem osąd. Teraz już nawet nie podchodzę - zawsze lepszą ma ten, który pyta. Sprawdza się 100 na 100 razy.

Czasem jednak - z zupełnie niewyjaśnialnych powodów - dzieci powolnieją. Jakby im odcięło zasilanie. Niby słuchają, ale myślami są daleko. Natychmiast urywam wyraz, pozwalając im dokończyć: "...i wtedy dajemy mata skocz...", "Skoczkiem!" - dokańczają chórem. "Jakim skoczkiem?! Jakim skoczkiem?! Skoczka nawet nie ma na szachownicy!". W sytuacjach ekstremalnych parę razy zapodałem nawet zdanie typu: "Najlepiej na pole g4 zagrać lodów...", "Lodówką!". Dopiero wybuch śmiechu pozwala im się zorientować, co palnęli i wracają myślami z krainy baśni.

Na koniec partii rezerwuję sobie występ muzyczny. Mam taką jedną ulubioną piosnkę ze Żwirka i Muchomorka. Gdy grają słabo lub podstawiają hetmana, nucę im tę pieśń gnębiącą, odpowiednio gestykulując. Nic ich nie irytuje bardziej. Nawet porażka wtedy jakoś nie boli, byle tylko trener nie śpiewał. Trenerze! Tylko nie toooo!