Maraton

Tylko najwytrwalsi mogą sobie pozwolić na start w maratonie. A to dlatego, że po kilkudziesięciu rundach i tyluż godzinach gry białe pola wydają się fioletowe, koniki pokazują języki i kłusują w innym kierunku, a naburmuszona wieża fuczy i pogardliwie wypina wrota wejściowe.

Magnusowi Carlsenowi nigdzie nie śpi się tak błogo, jak podczas meczu o mistrzostwo świata

Ale maratończyk wie, jak okiełznać kolory i niesforne zwierzęta. Wie jaką pozycję przyjąć, by chwilowy namysł nie przerodził się w parogodzinną drzemkę.

Swego czasu poważne maratony szachowe odbywały się i w Nysie. Jeszcze przed erą internetu. Młodym, buńczucznym juniorom muszę to uświadomić, bo im się wydaje, że jak czegoś nie ma w internecie, to to nie istnieje. Na całonocne granie przyjeżdżali mistrzowie międzynarodowi, arcymistrzowie. Nyska paczka czterech kandydatów w składzie Zygmunt Błaszczuk, Dariusz Ludwikowski, Kazimierz Olszyński i Konrad Szcześniak zawsze dzielnie stawiała im czoła. Nic dziwnego, skoro ta właśnie drużyna w blitzu meldowała się w pierwszej dziesiątce mistrzostw Polski.

Takie turnieje to było niepowtarzalne doświadczenie. Zwykle rozgrywano je systemem przesuwnym. Oznacza to, że po każdej rundzie zawodnicy przesuwali się na sąsiednie krzesło (w ustalonym kierunku). Nie wymagało to żadnej przerwy na kojarzenia, masowy turniej toczył się niejako samoczynnie, wystarczyło tylko pamiętać, obok kogo się siedzi. Jedynie ten, kto wylosował numer 1, nie przesuwa się. Głośno stwierdza, że takie miejsce w turnieju zajmie, my prostujemy, że to raczej suma jego punktów. Od razu robi się wesoło.

Jak na przyjaciół przystało, siedzieliśmy razem. Bo to i pokibicować można koledze, i "życzliwie" pośmiać z jego błędów:-) Takie siedzenie w kupie oznaczało także, że podjeżdżający do nas przeciwnicy zmierzą się z czterema kandydatami w 4 kolejnych rundach. Wyglądało to mniej więcej tak, że takiego zadowolonego z wygranych ze słabszymi graczami zawodnika ogłuszał błyskawicznym zwycięstwem Zygmunt, w następnej rundzie ja go druzgotałem, w kolejnej Darek maltretował, a w następnej Kazik dobijał. Taki gość po tych czterech nokautach z rzędu już nie wracał do dobrego samopoczucia. Ono przechodziło na nas. Zabieraliśmy je, żywiąc się nim, niczym poważny demon strachem.

Taki czterogłowy potwór pożera słabszych, czasem dławi się silniejszymi, ale prze do przodu niczym szalony kierowca walca. Po rundzie chwila na analizę. Każdy przedstawia swoją koncepcję, każdy chce udowodnić, że jego ruch wygrywał szybciej. Darek proponuje posunięcia stylowe, wyważone, Kazik skłania się ku ryzykownym, Zygmunt wynajduje nieszablonowe, ja lubię zamącić. Czasem wychodzą z tego koncepcje godne Carlsena, czasem tylko kupa śmiechu. Kupa częściej. A wokół zawsze gromadka gapiów i kibiców. Emocje nieporównywalne ze zwykłym turniejem.

Wstający świt zastaje na sali gromadę żywych zombie. Rozdygotani, spoceni, bladzi, rękami drżący, suknia plugawa, ale wzrok wciąż dziki, o ile nagle nie zatrzasnęła im go bezwładna powieka. Uścisk ręki takiego szachisty, to jakby szturchać trupa. Tętna brak, temperaturę powyżej zera utrzymuje wyłącznie wanna kawy. Tę w bufecie całą noc serwowano za ładny uśmiech. Teraz to już nieaktualne. Tężejąca jak po ukąszeniu skorpiona twarz nie potrafi go wyprodukować. Miłe panie zadowalają się wycharczanym "dziękuję". Kto nie umarł, ten żyć będzie i co nas nie zabije, to wzmocni. Jednym słowem esencja szachowego piękna. Dla takich chwil warto uprawiać tę dyscyplinę.

W końcu nadchodzi ta chwila, gdy nieoczekiwanie turniej się kończy. Poznajemy ją po tym, że wyrwali szachownice, zabrali zegary, pogłowie figur gwałtownie zmalało. Odbieramy nagrody, kto potrafi - klaszcze, ktoś tam przemawia, ale nikt nie słucha. W oczach wirują bierki, znajomi mają twarze koni, czujemy uderzenia ciepła, choć do menopauzy daleko. Co tu robić z tak miło rozpoczętym dniem. Porywamy któregoś z mistrzów i idziemy na ławki dalej grać w szachy...


Konrad Szcześniak