Wygrać z kobietą

Na Litwie rozgrywano męskie mistrzostwa tego kraju. Dlaczego piszę akurat o litewskich, bo - zapewne aby uatrakcyjnić formułę mistrzostw – do udziału dopuszczono kobietę, a właściwie dziewczynę – znaną z występów w Polsce Wiktorię Cmilyte. Kuriozum? Może, a może tylko kaprys organizatora?
Zawody przebiegły bardzo ciekawie. Młoda Litwinka niewątpliwie je uatrakcyjniła. Głównie dlatego, że wygrała! W pokonanym polu pozostawiła wiele sław, w tym swego trenera – arcymistrza Gawrikowa.
Chyba więcej jej nie zaproszą.

W jednej z rund Pucharu Gór Opawskich zdarzył się taki oto przypadek. Grająca białymi wykonała posunięcie, oderwała rękę od bierki i wcisnęła zegar. Przeciwnik odpowiedział i swym ruchem przypieczętował wygraną pozycję. Jakież było jednak jego zdumienie, kiedy usłyszał: „Przepraszam, ale nie może pan tego ruszyć, bo ja… jeszcze nie zapisałam swego posunięcia!”. Wiele już lat grał w turniejach, ale takiej interpretacji przepisu o wykonanym posunięciu jeszcze nie słyszał. Tak się ubawił, że w końcu ze śmiechem powiedział: „Dobra, niech będzie. I tak szybko wygram”. I ruszył inną bierką. Partia rzeczywiście nie trwała już długo. Skończyła się… remisem!

Nyski szachista to człowiek mężnie znoszący wszystkie wyroki aury. Gdy latem w pełnym słońcu gra na placu Paderewskiego, nie zważa na swąd przypiekanej skóry. A gdy jesienią zadymka przewraca figury w Ogródku Gier Umysłowych, poprawia, a właściwie trąca je palcami sztywnymi jak pogrzebacze. Ogrzeje się ciepłem latarni, gile wytrze chustką z poszetki i jest gotowy do kolejnej partii.
Na tym właśnie obiekcie sportowym doszło do zabawnej partii. Tamtejszy mistrz nie mógł sobie znaleźć przeciwnika. Wszyscy odmawiali, a jeden zażartował nawet, że zagrać to on może, ale z jego córką. Propozycję potraktowano poważnie i już po chwili mistrz siedział naprzeciw dziewczynki.
Grano pięciominutówkę. W pewnej chwili panna stwierdziła, że jej przeciwnik, pomimo wielu posunięć, wciąż ma 5 minut. Obejrzano zegar, ponaciskano, sprawdzono – chodzi! Skoro tak – zasiedli do dokańczania. Po kilku minutach okazało się, że zegar, owszem, chodzi, ale teraz pokazuje... 6 minut! Obejrzano go wnikliwie, popukano, obmacano – chodzi właściwie! Nawet odczekano 2 minuty żeby sprawdzić – wszystko gra! Skoro tak to zabrano się za dokańczanie. Po kolejnych 2 minutach, kiedy trwała właśnie w najlepsze szaleńcza końcówka „na sekundach”, dziewczynaka rozpłakała się. – No nie! Jak mam wygrać – powiedziała – skoro teraz pan ma na zegarze... 30 minut!
Rzeczywiście, mistrz miał teraz na zegarze całe pół godziny!
Precyzyjne badania laboratoryjne za pomocą patyka i wykałaczki wykazały, że wskazówka zegara była poluzowana i opadała pod własnym ciężarem – początkowo tylko o kilka minut, potem już maksymalnie w dół. Pomimo protestów partię odłożono do analizy, a potem anulowano. Podobno było to zgodne z przepisami Międzynarodowej Organizacji Szachowej FIDE zawartymi w rozdziale poświęconym opadającym wskazówkom. Mistrzowi zarzucono oszustwo i zabrano wszystkie tytuły, które z takim pietyzmem sobie uzurpował, a mianowicie Mistrza Spółdzielni Mieszkaniowej KEN i Mistrza Końcóweczek.