Wspominki...

Czasem jest tak, że jedzie się na turniej, walczy ciężko o jakieś nagrody czy punkty rankingowe, nawet może i wraca w glorii chwały, a po latach pies z kulawą nogą tego nie pamięta. Co tam pies - sami nie pamiętamy już ani partii, ani wyniku, ani nagrody. A jednak coś w pamięci pozostaje. Jakieś śmieszne, nieoczekiwane lub dziwne zdarzenia, których sport bywa wylęgarnią.

Oto np. taki turniej w Kudowie, na którym do naszego pokoju na I piętrze wspinał się kolega po linie zrobionej z prześcieradeł, bo jakoś tak się zapomniał na imprezie i spóźnił na zamknięcie drzwi ośrodka. Prześcieradła się porwały, spadł, ale jako że trzeźwy nie był, nic mu się nie stało. Druga próba, po piorunochronie, była już całkowicie udana. Od tego czasu zwaliśmy go "Kukuczka".

Innym razem wracałem z turnieju w Chełmży, a że do ostatniej chwili cięliśmy w blicka, musiałem pędzić na pociąg. Nie znałem drogi, więc zasapany, przygnieciony plecakiem zapytałem tambylca o stację. Wskazał drogę, pobiegłem w te pędy, bo, że tak powiem, byłem w sporym niedoczasie. Z wywalonym ozorem w ostatniej minucie wpadłem na stację. Niestety - benzynową.

Z kolei na zimowym turnieju na Górze św. Anny ktoś zadał sobie trud wydeptania przed salą gry takiej oto szachownicy:

Szachownica u dołu miała nazwę sponsora turnieju, a na górze napis: Mat w 2 posunięciach. Stojące tam bałwanki tworzyły zadanie. Choć pewnie nie trzeba, przybliżę je.

Mat w 2 posunięciach. Kto zna rozwiązanie?

Ostatniego dnia turnieju nadeszła odwilż. Uroczyste zakończenie, oficjele, garnitury, przemowy. Stoimy tak, patrzymy przez okno, nagle ktoś mówi: Sponsor popłynął...


Konrad Szcześniak