Ciosy poniżej pasa

Nie zawsze naprzeciwko siada jakiś cienkusz. Czasem tylko szachownica oddziela nas od paskudnego mocarza. Ewentualnie równie silnego szachisty. Co wtedy? Wtedy warto się chwycić innych, psychologicznych zagrywek…

Zagrania na pograniczu faulu w sporcie nie są rzadkością. Spotyka się je także w szachach. Wiadomo - szachiści to ludzie myślący nieszablonowo. Większość zagrywek obliczona jest na przechytrzenie przeciwnika, zdenerwowanie go lub wytrącenie z równowagi.

Oto przykłady klasyczne, których skuteczność została wielokrotnie potwierdzona:

1. Wpędź przeciwnika w niedoczas, a następnie graj tzw. trójposunięciówki. Tzn. zastanów się, znajdź serię posunięć, wykonaj pierwsze z nich, po (przewidzianej) odpowiedzi przeciwnika natychmiast drugie i znowu błyskawicznie trzecie. Nie ma mocnych, by nie poniósł strat czasowych. Następnie zastanów się, znów znajdź serię posunięć i ją zagraj. I tak do skutku.

2. Gdy przeciwnik ma mało czasu, w skomplikowanej pozycji długo zastanawiaj się i gdy już masz wykonać posunięcie… dalej zastanawiaj się. Nienawistnik denerwuje się, powtarza warianty, nerwowo spala - nie przeszkadzaj mu w tym. Niech się „wykrwawia”. Należy tylko uważać, by się nie wdać w blitza. Rywal jest zwykle lepiej skoncentrowany i wtedy pierwsi pomylimy się my.

No tak, ale to pomysły z sytuacji, gdy przeciwnik jest w niedoczasie. Jak jednak go tam wpędzić? Arcymistrz Vogt męczył proste, wieloposunięciowe pozycje i wszystkie partie sprowadzał do takich końcówek. Następnie, choć wcale nie były dla niego wygrane, wyciskał je, męczył przeciwników kilkadziesiąt posunięć i… zwykle zamęczał. Szczególnie dobre efekty ta strategia odnosiła w przypadku zawodników zniechęconych, zmęczonych turniejem, np. po słabym starcie.

Bardzo ważny w psychologicznej wojnie jest też stosunek do przeciwnika - nie wolno przeceniać go, a szczególnie bać się nazwiska czy tytułu. Lekceważyć go oczywiście też nie wolno - i to bez względu na reprezentowany poziom.

Zalecenie to nie dotyczy dwóch mistrzów rywalizujących przed kilkudziesięciu laty o tytuł najlepszego we Wrocławiu. Obydwaj szczerze się nienawidzili, więc przy partii ostentacyjnie okazywali swe lekceważenie. Jeden siadał bokiem do szachownicy - tak od niechcenia - i czytał książkę, ruchy wykonując przy okazji przewracania stron. Drugi nie pozostawał mu dłużny, z tą jedynie różnicą, że rozwiązywał krzyżówkę. Do tego kontemplował widoki za oknem i bębnił palcami w stół - absolutnie nie patrząc na szachownicę…