Obóz szachowy Łazy 2022

Przyszły wakacje, a wakacje, to jak wiadomo najlepszy czas, by się uczyć. Nie przeszkadza szkoła. Wyjechaliśmy więc nad morze, by się uczyć szachów. Wyjechaliśmy taborem cygańskim, tak mniej więcej wyglądały samochody załadowane po dach samymi najpotrzebniejszymi artefaktami. Negocjacje, by zrezygnować z czegokolwiek, się nie powiodły. Próba wyrzucenia jakiejś wielkiej i ciężkiej paki natrafiła na przeraźliwy krzyk Marty: "Nieee, tylko nie Mgiełkę 2!". Nie mam pojęcia, do czego to służy, ani czy Mgiełka 4 jest równie ciężka, ale cóż robić, prawdziwa kobieta bez tego nigdzie się nie ruszy. Tylko dlaczego sprzedają Mgiełkę w wiadrach?


Pokaz siły Gekona

Obóz miał siedzibę w Łazach - znanym miejscu na szachowej mapie Polski. Połączony z grą w turnieju, odpowiadał żywotnym potrzebom każdego rodzica, znaczy by się dziecko nie nudziło i nie grało na komóreczkach. Czyli właściwie warunki wykluczające się. Punkt pierwszy został wypełniony, punkt drugi... hmm, kwestia dyskusyjna. Żeby odspawać dziecko od komórki, jeden opiekun nie wystarcza. Potrzebny byłby batalion strażników, najlepiej uzbrojonych. Robiłem, co mogłem, ale nec Hercules contra plures (dla nieznających łaciny: I Herkules dupa, kiedy wrogów kupa). Jeśli będzie obóz szachowy w przyszłym roku, zażądam do tej roboty pomocnika.

Ale tak ogólnie, by być szczerym, dzieci spisały się na medal. Aktywnie uczestniczyły w analizach, rzetelnie przygotowywały do partii, korzystały z boisk czy kąpieli morskich. Nie wykończyła ich nawet kilkudziesięciokilometrowa wycieczka rowerowa, a miała.


Mielno. Dalej się już jechać nie dało. Kapryśne morze nie chciało się rozstąpić po raz drugi.

Żelazna kondycja była potrzebna, by przeżyć. Dosłownie. W dni, gdy z nieba lał się żar, nieszczęśliwcy, którym przyszło grać w namiocie, ostro broczyli potem. Namiot wykańczał wszystkich. Nie wystarczyło dobrze grać w szachy, trzeba jeszcze było posiąść przydatną funkcję odżywiania organizmu jednym atomem tlenu. Wątlejsze organizmy mdlały, słabsze serca stawały. Na szczęście to nie był nasz problem. Gdy się okazało, że w namiocie grają tylko najsłabsze szachownice, wygraliśmy swoje partie i przenieśliśmy do murowanej sali gry.


Lasciate ogni speranza, voi ch'entrate

Co kraj, to obyczaj, chciałoby się rzec. Nadmorskie miasteczka bardzo różnią się od takiej Nysy. Gdyby u nas po rynku biegały dziki, zaraz interweniowałaby policja, strażacy ustawialiby sieci, a strażnicy miejscy wnyki. Tymczasem po centrum Łaz (Łazy składają się wyłącznie z centrum) biegają dziki i nikogo to nie dziwi. W sumie biegały po tych ziemiach długo przed człowiekiem i to miło z ich strony, że tolerują na swym terenie takiego śmiesznego nieowłosionego, hałaśliwego dwunoga, który pyszne odpadki wyrzuca do kubła.


Chrum, chrum, pora na kubełek classic rodzinny

Wśród wielu codziennych gier, jak siatka czy kosz, królowały oczywiście rozgrywki piłki nożnej. Mnie jednak najbardziej zaciekawiła przezabawna konkurencja o nieznanej nazwie. Pary zawodników (lepiej zawodniczek) ustawiały się na całym boisku do siatkówki, trzymając płachty tudzież koce. Wystrzeliwały nimi nad siatką napełnione wodą balony na stronę drużyny przeciwnej. Jeśli przeciwnicy taki balon wyłapali, odrzucali z powrotem. Jeśli nie, wybuchał im pod nogami, niczym wodna bomba, przy wtórze dziewczęcych pisków. Po pewnym czasie gra samoistnie przekształcała się w balonową bijatykę, wszyscy rzucali się na każdego już bez płacht. Miotający uciekali, trafieni ociekali, ogólnie taka przyjacielska sodoma i gomora. Palce lizać.


Prawdziwy mężczyzna musi od czasu do czasu kogoś zabić. Obozy szachowe są doskonałą ku temu okazją.

Jednym z punktów programu był paintball laserowy. Laserowy, czyli taki, który nie boli (trafienie sygnalizowane jest drganiem obręczy na szyi). Zawodnicy Gekona w mgnieniu oka, niczym rekiny w kadzi krwi, przemienili się w maszyny do zabijania. Terkot broni automatycznej nieuchronnie niósł zagładę wrogom klubu. Palec na spuście nie zadrżał nikomu, nawet dziewczętom. A właściwie szczególnie dziewczętom. Natalka stwierdziła nawet, że zabijanie ludzi jest bardzo przyjemne:-)


Prosto z Donbasu na gościnnych występach sekcja snajperska Emilia & Natalia

Gdy już wszyscy wrogowie słusznie zginęli, można było sprawdzić oko na nieruchomym celu. Powiem tak; gdybyśmy w 1939 r. mieli takich strzelców, wygralibyśmy tę wojnę sami, bez Klossa i Rudego 102.


Emilka 5 na 5. Kuba 5 na 5. Maciek 5 na 5. Czy oni naprawdę trenują szachy?

Obecna kadra klubu odżywia się chyba powietrzem. Chłopcy idą na stołówkę, jak muszą, a dziewczęta dbają o linię, więc zadowalają się jedną kromką. Na dwie. Nie wiem, czy organizowanie jedzenia ma w ogóle sens. Pozostałe drużyny są inne. Atakują stoły chmarą, obsiadają jadłodajnię tak szczelnie, że nic nie widać. Ofiarą takiego procederu padł Mateusz, który przyniósł do stolika kopiasty talerz nie tego, co chciał. Po prostu nie widział co sypie, ile sypie i gdzie sypie. Głowy zasłaniały.

Pewnego dnia na stołówce zagościł rycerz. Mężczyzna w hełmie i pancerzu z jakiegoś chomąta i rur od odkurzacza. Zapewne efekt przegranej zabawy w zadanie albo wyzwanie. Nikt nawet nie zareagował. Na tego typu obozach to normalka. A że w hełmie trzeba ziemniaki wciągać przez rurkę? Też mi wyczyn. U nas w pokoju chłopcy jedzą zupę wieszakiem i nikt się nie dziwi.


Para klocowa Róża i Marta

Obozowi towarzyszył turniej szachowy, w którym graliśmy. Ze względu na wakacje i specyficzną atmosferę młodzieńczej głupawki był często okazją do sprawdzania podejrzanych wariantów i pięknych, choć obiektywnie nie najsilniejszych ruchów. Róża probowała grać agresywniej niż zwykle, to znaczy na 150%, Mateusz badał konsekwencje innych posunięć w swoim ulubionym debiucie, Emilka polowała na maty pionkiem (dwa razy się udało).


Nowy image Natalii i Emilii

Nie opuściliśmy żadnej imprezy towarzyszącej. Nasze pary w turnieju kloca prezentowały się bardzo elegancko, ładnie i profesjonalnie. W każdym razie dwie z nich, bo trzecia to była para emerytów i rencistów. Okazało się, że emeryci mają jeszcze czym kąsać, a przeciwnikom, którzy lekceważąco podchodzili do starcia z dziadkami, szybko rzedły miny.


Para klocowa Konrad Szcześniak i Krzysiek Banasik - zwycięzcy turnieju

Wyniki:

https://www.chessarbiter.com/turnieje/2022/ti_3951/final_standings&9.html


Trzeba umieć sobie radzić

Nie da się ukryć, że trochę trenowaliśmy kloca na własnych szachownicach. Wziąłem normalne stauntony, a chłopaki... malizny magnetyczne. Trudno o gorsze zestawienie, jednak czego się nie robi dla sportu. Pozostało tylko udowodnić, że da się tak grać. Co gorsza, juniorzy natychmiast pozamieniali bierki, ustawiając wielkie na małej i małe na wielkiej szachownicy. Potem matował hetman mniejszy od pionka, a monstrualnie wielki pion rozpychał na 4 polach wieże i skoczki, wydając się najgroźniejszą figurą.


Kloc w wykonaniu juniorów Gekona to sport ekstremalny

I nagle przyszło się pakować, bo wszystko, co dobre, kończy się za szybko. Poszedłem pożegnać się z Bałtykiem, mijając wystającą z piasku głowę Kuby. Być może do zobaczenia na obozie szachowym za rok, bo patrząc na zadowolone twarze dzieci - warto.


Konrad Szcześniak