Wiedza to złoto. Dosłownie.

Przepis jest prosty. Wystarczy znaleźć ucznia, rozbudzić w nim chęć grania w szachy, a potem chuchać i dmuchać oraz dopieszczać. Dbać, by nie zapomniał o treningu, ale nie namolnie, bo znienawidzi; serwować wiedzę, ale każdemu inaczej, by się nie zniechęcił; dawać wygrywać, by poczuł radość zwyciężania, ale nie przekroczyć granicy, po której uwierzy w boską moc i przestanie trenować. I tak przez kilka lat. Potem już można usiąść i spokojnie czekać, aż zacznie znosić medale.

Taka to mniej więcej była droga do medali uczniów pięciu szkół powiatu nyskiego, którzy 29 października zasiedli w sali SP nr 3, by wyłonić mistrza.

SP nr 10 zagrała odwrotnie. Miała być jedna dziewczynka i 3 chłopców. Od lewej: Kacper Kraska, Hanna Rystwej, Helena Wojtczak, Milena Wawrzyniak.

Nie było faworyta. Jakiejś jednej szkoły, która zdecydowanie górowałaby kategoriami i doświadczeniem. No, może połowa ekipy SP nr 3, czyli bracia Skirzewscy, ze względu na staż. III kategorię miał jeszcze Maciej Wilman z Dieca. W przytłaczającej większości drużyny wypełniał element dziecięcy typu amatorskiego, młody lub bardzo młody.

Lider SP nr 10 Kacper Kraska

Następuje w Nysie zmiana pokoleniowa. Starcy z VII klas grać już nie mogli, a że przyroda nie znosi próżni, ich miejsce zajęły dzieci. I, jak to dzieci, zagrały ambitnie i żywiołowo. W sumie to co ma przeciwstawić taki pierwszaczek doświadczonemu szóstoklasiście? Przecież nie rozwagę i opanowanie. Tak więc drużyny w większości stanowił jakiś heros na pierwszej desce, wiodący w bój wesołą czeredkę maluchów. No, może czasem smutną, po przegranej, ale jednak częściej wesołą.

Gospodarz turnieju - SP nr 3

Szachy to trudna gra, ale, jak z gitarą, można grać już po chwili, już po opanowaniu trzech akordów. Dlatego nawet początkujący może próbować swych sił i zapodać szewskiego. I...czasem się udaje! A każdy punkt na wagę złota, wszak drużyna składa się zaledwie z czterech graczy (w tym jednej dziewczyny). Ktoś te punkty musi zdobywać. Nieważne jak.

Michał Podborączyński (z prawej) zaprzecza obiegowej regule, że szachy to sport dla milczących i spokojnych...

Liderzy wiedzieli, że grają o medale i awans drużyny do zawodów wojewódzkich. Dzieciom było to obojętne. One chciały wygrać swój pierwszy poważny mecz. Każdy więc miał swoje cele.

Mikołaj i Kajetan Skirzewscy pociągnęli swą drużynę do srebra

Mnie najbardziej ciekawiły partie, w których wielki (nie umiejętnościami, ale gabarytami) szachista grał z małym. Śmieszne to, gdy pierwszaczek podchodzi do stolika na drewnianych nogach, kuli się przywalony ciężarem wzroku przeciwnika, szuka ręki mamy. A ta drży gdzieś w kącie, bo szachowo nic już nie pomoże. W boksie to by było starcie kategorii muszej z ciężką. Całe życie czuł, że dorośli to mądrość i potęga, a teraz ma na takiego podnieść rękę. A właściwie rączkę.

Patrząc na Maćka Wilmana i Kacpra Kraskę można by sądzić, że nic się nie dzieje. Tymczasem na szachownicy ogień. Kacper zaciekle odpiera niesamowicie podstępne ataki...

No więc podnosi tę rączkę. Najpierw do wątłego powitania, potem do pierwszych, niepewnych ruchów. Ale czas upływa, a tu nic strasznego się nie dzieje. Konie skaczą tak, jak na treningu, król idzie tam, gdzie mu kazano. Wielki nie wygrał od razu, może da się z takim walczyć?

Drużyna mistrzów: Nikola Starczyńska, Kornelia Starczyńska, Tomasz Tarnowski i Michał Podborączyński

Strach zamienia się w skupienie. Bezładnie latające jeszcze przed chwilą oczy bystro omiatają linie i przekątne. Rączka czasem zapomni wcisnąć zegar, ale... duży przypomni! Z biegiem czasu zdenerwowanie magicznie przemieszcza się z małego na dużego. To duży zaczyna czuć presję. Dla niego przegrana oznacza koniec świata albo drwiny kolegów (zdecydowanie wolałby to pierwsze). I czasem dochodzi do sensacji, wszak nikt nie jest nieomylny. Jaka piękna jest wtedy radość maluszka. Cieszy się z nim cały świat.

Diec: Maciej Orzeł, Weronika Oleksyk, Maciej Wilman i Julia Krajewska

Każda drużyna chciała wskoczyć na podium, ale to nie jest z gumy. Przy tak wyrównanym składzie i krótkim dystansie jeden mecz, jedna pomyłka decyduje o być albo nie być. Dwie drużyny - SP nr 1 i SP nr 3 - zgromadziły po 6 punktów i obie jadą na finał wojewódzki. Podium wypełniła jeszcze szkoła diecezjalna, a SP nr 10 i Goświnowice na medale będą musiały jeszcze poczekać. Szczerze życzę im ich już w przyszłym roku, bo brak nagrody za pracę jest amoralny i zniechęcający. Prawdziwi sportowcy nie przejmują się chwilową pustką w gablotce z medalami i trenują mocniej. Słyszycie?

Wyniki końcowe

1. SP nr 1 6
2. SP nr 3 6
3. Diecezjalna SP 4
4. SP nr 10 3
5. SP Goświnowice 1