Zygmunt Błaszczuk 1947-2013

Z wielkim żalem informuję, że w wieku 66 lat zakończył życie wielokrotny mistrz Polski energetyków i nauczycieli, mistrz województwa, zdobywca pierwszych miejsc na niezliczonych turniejach, nysanin Zygmunt Błaszczuk.

Zygmunt to postać niesłychanie barwna, nietuzinkowa. Wielki talent, na którym zęby łamali sobie mistrzowie i arcymistrzowie. Pierwsza szachownica Stali Nysa i Zarzewia Prudnik, gracz niestandardowy, nieschematyczny, grający tak, że ludzie głupieli. Pamiętam III ligę w Szczyrku, wiele lat temu. Zygmunt wystąpił oczywiście na pierwszej szachownicy. Wystąpił tak, jakby grał na pokazówce. „Tracił” w debiucie kilka posunięć tylko po to, by wymienić przeciwnikowi jakąś figurę, a potem wymyślał taki plan, w którym cała gra oponenta musiała się opierać na tej właśnie figurze - tej, której już nie miał. Pozycja przeciwnika waliła się w gruzy, ten łapał się za głowę, krzycząc, że z takim dzikiem jeszcze nie grał, a nasz lider, jak zwykle wesoły, szedł zgłosić sędziemu kolejne zwycięstwo. Tych zwycięstw nazbierał tam bodajże 8 z 9 i wszystkie w taki sposób.

Takim dziwacznym stylem gry ustrzelił na półfinale mistrzostw Polski nawet samego Zbigniewa Dodę (dwukrotny mistrz Polski) i to podstawiając mu w debiucie figurę!

Zygmunt Błaszczuk osiągnął pierwszą normę mistrzowską. Dokonał tego na turnieju Chemików, w ostatniej, najważniejszej partii pokonując Aleksandra Hnydiuka, obecnie mistrza międzynarodowego w końcówce skoczek i dwa piony przeciw wieży. To była kolejna dzika partia, do której odrobinę przygotowywaliśmy się poprzedzającą nocą. Szukaliśmy sposobu, by typowe struktury, w których Hnydiuk czuł się świetnie, zamienić w dziki - żywioł Zygmunta. Po debiucie sytuacja wyglądała źle - na szachownicy stał doskonale rozpracowany standard. Ale już po grze środkowej pozycja skomplikowała się na tyle, że można było być spokojnym. I rzeczywiście - w komplikacjach nysanin pokazał swą siłę, zasłużenie wygrywając.

Przydomowy ogródek Zygmunta Błaszczuka stał się takim małym nyskim centrum szachowym. Tam zawsze można było poanalizować lub pograć. Stoliczek i krzesła były już przygotowane, ukochany jamnik Rambo szachistów nie atakował, tylko strasznie ujadał, służąc za dzwonek.

Powiedzieć, że szachy były hobby Zygmunta, to nic nie powiedzieć. To był jego sposób na życie. Dziedzina, w której się spełniał. Właściwie każde ważne wydarzenie szachowe w naszym regionie odbywało się z jego udziałem, na większości turniejów słychać było jego tubalny śmiech, gdzieś tam za drzwiami do późnej nocy stukał jego zegar, a jeśli Zygmunt analizował partie, to tylko na wesoło, czasem ze śpiewem. Gdy on analizował, analizowali wszyscy...

Wraz z Jego odejściem opolskie szachy straciły niezwykłą, barwną postać.

Konrad Szcześniak