A może by tak zakładzik?

Dziwne zakłady są specjalnością bywalców jednego z nyskich barów. Jak mówią - dzień bez zakładu to dzień stracony. Ostatnio furorę zrobił pojedynek łowiecki. Miejscem - rzeka Nysa, ale tylko od mostu do mostu, celem - dwie ryby.

Umówionego dnia nad rzeką zjawił się poławiacz oraz dostojne jury, złożone z barmana (przewodniczący), osobnika, który za kufel piwa pomaga mu wnosić kegi (zastępca przewodniczącego) oraz gościa, którego sposób zarabiania stanowił zagadkę godną Sfinksa (przewodniczący komisji odwoławczej).

Z każdą upływającą godziną humor jury się poprawiał. Jak można było mniemać, limit połowu okazał się być bardzo zawyżonym. Co prawda szczęście było blisko, łowca wyłowił śniętego leszcza i pół węgorza obciętego przez turbinę, ale szacowne gremium komisyjne nie zaokrągliło corpus delicti w górę.

Inny zakład dotyczył sportu olimpijskiego. Niejaki Żuju założył się o niemałą stawkę ze spożywcą ze stolika obok, Januszem, że go pokona w meczu tenisowym. Drobną modyfikacją było, że grał bez rakiety, a piłkę mógł łapać i rzucać. Kort bezwzględnie zweryfikował umiejętności łapackie Żuja. Czy to wzrok za słaby, czy ręka za krótka - zakład przegrał z kretesem.

Kiedy wszedłem do rzeczonego baru, akurat finalizowano kolejny zakład. Tuż obok piwnego ruczaju rozgrywano partię szachów, przy czym wygrywał ten... który przegrywał. Zawodnik grający białymi wykonał ruch i przełączył zegar. Posunięcie było słabe, więc lico pokraśniało mu z zadowolenia. Tymczasem przeciwnik też się ucieszył i... nie ruszał. Stało się jasne, że posiedzi tak, aż przegra na czas. Pierwszy się zdenerwował, aż mu żyłka na czole napęczniała, by po chwili wypowiedzieć banalną formułkę „Poddaję się”. To z kolei wywołało wybuch ze strony oponenta „Jak możesz się poddać, nie będąc na posunięciu?”. Spór zakończyło dopiero przyniesienie kodeksu szachowego, który rzeczywiście taką ewentualność dopuszcza. Przegrany, zły na siebie, skapitulował.

Nieznajomość przepisów kosztuje. Nie tylko w szachach.