Opolski Kolejarz - Piast Słupsk

Historia ta zdarzyła się w 1982 r. Dawno, ale nie na tyle, by bohaterowie jej nie pamiętali. Zresztą takich rzeczy się nie zapomina.

Przenieśmy się w czasie o kilkadziesiąt lat do skąpanego w sierpniowym słońcu Krakowa. Zbliżała się ostatnia runda drużynowych rozgrywek juniorów. Końcowa odsłona miała przypieczętować sukces murowanego faworyta rozgrywek Piasta Słupsk, który wielkimi krokami zbliżał się do wrót ekstraklasy juniorów. Przedtem należało tylko dokonać formalności – wysoko wygrać z outsiderem.

Przed ostatnią rundą, choć z 41 p. prowadził Hetman Wrocław, miał do rozegrania bardzo ciężki mecz z walczącą o medale Jagiellonią Białystok. Drugi w tabeli Piast miał 2 p. mniej, ale zasiadał przeciw 3. od końca drużynie, która o nic już właściwie nie grała. Sytuacja wydawała się klarowna – do zera wygra Piast i pewnie sięgnie po złoto. Hetman będzie drugi, a jedyną niewiadomą było miejsce Jagiellonii, której brąz mógł sprzątnąć Chemik Police. To już jednak nie było nasze zmartwienie. Nasze, czyli Kolejarza Opole – beniaminka ligi.

Niech nie zmyli nazwa „Opole”. W tej drużynie grali zawodnicy z Nysy, Grodkowa, Prusinowic i Głuchołaz. Z Opola nie było nikogo.

Oto skład Kolejarza
1. Dariusz Ludwikowski, kat. II+ Nysa
2. Cezary Kamiński III Grodków
3. Dariusz Konior III Prusinowice
4. Leszek Kamiński III Grodków
5. Wojciech Nowak III Nysa
6. Barbara Misiek III Głuchołazy
7. Krystyna Czarnota III Prusinowice

Piast, z którym przyszło się zmierzyć, miał zawodników średnio o 2 klasy lepszych, z braćmi Gdańskimi na czele (młodszy jest teraz szachowym arcymistrzem), nic więc dziwnego, że każdy inny niż 6:0 wynik Kolejarz przyjąłby z radością.

Kiedy przed rundą okazało się, że nasza druga deska, silnie przestraszona klasą rywala uciekła i na pożarcie poszedł D. Konior (któremu w tym turnieju wybitnie nie szło), wymyślono propozycję. Była następująca:

Zgadzamy się na upokarzającą przegraną 5,5:0,5, ale remis ma paść na 3. szachownicy, bo grający na niej L. Kamiński robi II kategorię.

Przed rundą smutny - bo z czego tu się cieszyć - kierownik drużyny Jan Pietrucha poszedł do przeciwników i wrócił jeszcze smutniejszy, bo propozycję kategorycznie odrzucono. Nie będzie więc kategorii, tylko lanie, pośmiewisko i łomot do zera.

I rzeczywiście – czarny scenariusz zaczął się ziszczać. Bardzo szybko złożyły klocki dziewczyny oraz W. Nowak. Pozostali jakoś trwali na posterunkach. Minęła godzina, a kolejnych matów nie było. Minęło półtorej – o kapitulacji ani słychu. Po dwóch godzinach na 1. i 3. szachownicy powiało remisami.

Wtedy to Piast wystosował na ręce Pietruchy wspaniałomyślną ofertę – zgadzają się na 5,5:0,5!

Poszedł więc biedny kierownik, by obwieścić nowinę, a tu mu D. Ludwikowski mówi, że on i tak zremisuje, więc teraz to się możemy zgodzić na 5:1. Zatarł sympatyczny Pietrucha ręce z radości i w te pędy do Piasta z odmową. Tam oczywiście się obruszyli i ofertę odrzucili.

Po około 30 minutach, kiedy jasnym się stało, że na deskach stoją minimum 2 remisy, Piast zgodził się na 5:1. Kierownik ponownie przyszedł do D. Ludwikowskiego, by upewnić się, że ochoczo przyjmujemy, a tu słyszy, że jest całkiem dobrze i teraz zgadzamy się na 4,5:1,5!

Kapitan drużyny D. Ludwikowski (z lewej). Na zdjęciu w pojedynku z arcymistrzem M. Krasenkowem.


Pietrucha aż pokraśniał z radości! Jeden punkt? Jaki jeden punkt?! Teraz to my gramy dalej!

Ależ się słupczanie zawzięli, ależ pocili. Stawali na rzęsach, by wycisnąć z pozycji wygrane. Na próżno.

Wreszcie, kiedy D. Ludwikowski uzyskał wygraną pozycję, a na 3. desce stał remis, zaakceptowali 4,5:1,5. Pietrucha dumny jak paw przyszedł obwieścić to naszemu kapitanowi. Ten wstał, pooglądał wszystkie pozycje i stwierdził, że taki wynik stał na szachownicach pół godziny wcześniej, a teraz to się można zgodzić na 4:2!

Radość kierownika była porażająca. Czym prędzej pobiegł z nowa ofertą, oczywiście, jak łatwo zgadnąć, odrzuconą, i już nic mu nie mogło zmącić radosnego nastroju. O mało mu się ręce nie zagotowały od zacierania.

Czas leciał, Piast się starał, pozycje nijak się nie poprawiały, a próby wygrywania na siłę tylko pogarszały sytuację. Zgodzili się w końcu, w wielkich bólach, na 4:2... tylko że za późno!

Na szachownicach klarowało się już 3,5:2,5 i tylko taki wynik Kolejarz mógł przyjąć. Pąsowy kierownik już tylko siedział i kraśniał z dumy. Bał się poruszyć, by sen nie prysł.

Dla Piasta ten wynik był katastrofą. Pierwsze miejsce odpływało! W końcu, po 5 godzinach zmagań stało się – L. Kamiński zremisował, a D. Konior i D. Ludwikowski wygrali. Po ciężkiej walce i odrzuconych 5 (!) propozycjach pada wynik 3,5:2,5. Tym samym Kolejarz awansuje w tabeli o jedno miejsce, a Piast nie wygrywa turnieju. Kamiński uzyskuje wyższą kategorię bez łaski, ale jego szczęście i tak blednie przy euforii Pietruchy – to utarcie słupskiego nosa wynagradza mu wszystkie dotychczasowe niepowodzenia. O słodka satysfakcjo!

Tak to można zająć 9. miejsce, a wracać z nastrojem, jak po zdobyciu mistrzostwa Polski.

Konrad Szcześniak