Zarzewie Prudnik – Goniec Kluczbork

Nasi grają do upadłego... o ile akurat sobie przypomną, że jest mecz. W 1999 r. (jak i wcześniej oraz później) połowę drużyny Zarzewia stanowili nysanie, którzy przeszli tam po rozpadzie Stali Nysa. Błaszczuk, Ludwikowski, Olszyński oraz Szcześniak pokonywali 24 km dzielące oba miasta tzw. wesołym autem. Wracaliśmy jeszcze weselszym, bo aby nacieszyć się zwycięstwem, zatrzymywaliśmy się w prudnickim przybytku rozkoszy. Polecanym przez bywalców.

To była taka mordownia obok rynku. Opisu wnętrza oszczędzę. Teraz dworcowe budy z kebabami mają lepsze, ale wtedy nam odpowiadało. Głównie dlatego, że w niedzielę tylko to w Prudniku było czynne. No więc, by rytuałowi stało się zadość, trzeba było najpierw wygrać.

Zasiedliśmy do meczu z Gońcem w bojowych nastrojach, ale bez Kazimierza Olszyńskiego. Nie przyszedł na zbiórkę. Gdy zdenerwowany przedłużającą się nieobecnością kapitan drużyny Janek Siekaniec chwycił za słuchawkę, usłyszał: „Nie wiedziałem, że mam grać”. Tymczasem mecz trwał, miejsce czekało, zegar odmierzał kolejne bezpowrotnie stracone minuty. Zapowiadało się, że pomimo nadmiaru chętnych do gry, przyjdzie nam oddać walkowera (po wpisaniu zawodnika do protokołu żadnych zmian w składzie dokonywać już nie wolno).

Co mu tam Siekaniec nagadał w słuchawkę, nie wiem. Widać było skuteczne, bo spóźnialski rzucił się do samochodu.

Gdy tylko udało mu się rozpędzić auto do jakiejś sensownej szybkości, na drodze wyrosła policja z suszarką. Po krótkiej przerwie, w trakcie której banknot 100-złotowy zmienił właściciela, pognał w stronę Prudnika. Musiał zdążyć przed godz. 11.00 – choćby minuta spóźnienia oznaczała porażkę.

Kazik wpadł na salę 7 minut przed czasem. Zgodnie z regulaminem musiał jeszcze wykonać 23 posunięcia, by móc w ogóle kontynuować partię. Grał błyskawicznie, ruchy powierzając raczej intuicji niż przemyśleniom, ale zdążył. 23. posunięcie wykonał tuż przed spadnięciem chorągiewki kontrolnej. Po tym wstał, grzecznie przywitał się ze wszystkimi i jakby nigdy nic rzucił: „Co słychać?”.

Zupełnie tym rozbroił roztrzęsionego Siekańca. Zamiast połajanki było tylko zrezygnowane machnięcie ręką. Może coś by tam jeszcze powiedział, ale K. Olszyński w partii wyrównał, zdobył przewagę i w końcu wygrał, tak zresztą jak my wszyscy. Mecz zakończył się wynikiem 6:0, więc kapitanowi pozostały tylko gratulacje. A z tym sympatyczny Jaśko się nigdy nie ociągał.

Konrad Szcześniak